blog Daniela Janusa
Młot kowalski
Są takie wiersze, które oddziałują na człowieka metodą walnięcia młotem w łeb – i to takim wielkim, kowalskim. Kilkoma celnie dobranymi słowami powodują wytrącenie z marazmu codziennej rutyny, przebijają się przez skorupę przebodźcowanego umysłu i wrzynają się w świadomość tym, co mają do powiedzenia, tak że nie sposób ich zignorować.
Takim mocnym wierszem jest dla mnie “One Art” Elizabeth Bishop. W tej notce chcę opowiedzieć o tym, jak czytam ten tekst, jakie obrazy sobie do niego dorysowuję – i dlaczego uważam przekład Stanisława Barańczaka za kompletnie chybiony. Kto mnie zna, ten wie, że Barańczaka wielbię miłością wielką i czystą, więc skoro tak mówię, to coś jest na rzeczy. Jest to dla mnie fascynujące studium tego, ile może ważyć w poezji jedno słowo czy fraza, jak wielki może nieść ładunek emocjonalny.
Zacznijmy może od tłumaczenia Barańczaka:
TA JEDNA SZTUKA
W sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy;
tak wiele rzeczy budzi w nas zaraz przeczucie
straty, że kiedy się je traci — nie ma sprawy.
Trać co dzień coś nowego. Przyjmuj bez obawy
straconą szansę, upływ chwil, zgubione klucze.
W sztuce tracenia nie jest trudno dojść do wprawy.
Trać rozleglej, trać szybciej, ćwicz — wejdzie ci w nawyk
utrata miejsc, nazw, schronień, dokąd chciałeś uciec
lub chociażby się wybrać. Praktykuj te sprawy.
Przepadł mi gdzieś zegarek po matce. Jaskrawy
blask dawnych domów? Dzisiaj — blady cień, ukłucie
w sercu. W sztuce tracenia łatwo dojść do wprawy.
Straciłam dwa najdroższe miasta — ba, dzierżawy
ogromniejsze: dwie rzeki, kontynent. Nie wrócę
do nich już nigdy, ale trudno. Nie ma sprawy.
Nawet gdy stracę ciebie (ten gest, śmiech chropawy,
który kocham), nie będzie w tym kłamstwa. Tak, w sztuce
tracenia nie jest wcale trudno dojść do wprawy;
tak, straty to nie takie znów (Pisz!) straszne sprawy.
Co my tu mamy? Mamy zgrabnie skonstruowany wywód logiczny dotyczący stosunku człowieka do tego, co było, a już nie ma. W zasadzie można by go odczytać jako studium treningu tracenia – zaczynając od rzeczy małych, odnawialnych, przechodząc stopniowo do coraz to większych, jakbyśmy wyciskali na klatę coraz to większe ciężary. Tracimy je więc na tej osobliwej siłowni – i istniejemy dalej, mimo wszystko. Trąci to buddyjskim podejściem do przywiązywania się czy lgnięcia (upādāna) i uznawania go za źródło cierpienia, z którego można się świadomie wyzwolić.
Tak można by czytać ten tekst, tak odbiera go choćby autorka tej interpretacji. I z tego punktu widzenia przekładowi Barańczaka trudno mieć cokolwiek do zarzucenia; może tylko to, że jedno z powracających słów (disaster), na których rozpięta jest konstrukcja nośna wiersza, zostało w tłumaczeniu nijakimi „sprawami”, zamiast pełną ekspresji „katastrofą” albo czymś w tym rodzaju. Niemniej – jak zawsze u tego tłumacza – tekst jest nośny i potoczysty. Barańczak zachował wierność formie (i w oryginale, i w tłumaczeniu jest to vilanella z niedokładnymi powtórzeniami), czyta się ten wiersz dobrze, tekst płynie, ma melodię, żaden z sensów oryginału nie został pominięty czy zmieniony bardziej niż wymaga tego polska rzeczywistość językowa.
Zaraz, ale czy na pewno żaden?
Postawię tezę kontrowersyjną: wiersz Bishop nie jest tylko vilanellą. Jest również erekcjatem.
W tym miejscu należy się Wam wyjaśnienie, bo zgaduję, że słowo „erekcjato” niewiele Wam mówi albo budzi skojarzenia seksualne. I wcale się Wam nie dziwię – chyba że zawędrowaliście w swoim czasie w naprawdę dziwne zakamarki polskiego liternetu. To nazwa formy poetyckiej praktykowanej przez, hmm, dość hermetyczną i specyficzną społeczność; oddam głos twórcy jej definicji (cytuję za forum, zachowuję pisownię oryginału):
erekcjato - utwor poetycki z erekcjato w tytule o dowolnej formie i tresci, zakonczony jednym lub dwoma slowami(koniec, awersacja)=( jedno lub dwa slowa, explozja, erekcja, zaskoczenie), prowokujacy, zmieniajacymi sens i nadajacy inny punkt widzenia, bez zadnych ukrytych symboli czy metafor.
Pisząc erekcjato, powiada autor definicji, pisze się dwa wiersze naraz. Jeden to ten widoczny „na pierwszy rzut oka” i dopiero zaskakujące zakończenie odsłania drugie dno utworu, każe spojrzeć świeżym okiem na całość i wydobywa z niej zupełnie nowe sensy. Coś jak garden-path sentence, tylko w większej skali i – jak to w poezji – bez unieważniania pierwotnego, intuicyjnego odczytania. Społeczność erekcjatowa wykształciła dodatkowe reguły formalne, jak umieszczenie konkretnego słowa w tytule czy natłuczenie przed zaskakującą końcówką odpowiedniej liczby enterów, wydają się one jednak dość arbitralne.
Co to wszystko ma wspólnego z vilanellą Bishop?
Tu dochodzimy do momentu, w którym mam do Barańczaka pretensje. Konia z rzędem bowiem temu, kto czytając sam przekład, bez znajomości oryginału, potrafi zrozumieć owo wtrącone, nie wiedzieć czemu w nawiasach i kursywą, „(Pisz!)”. Co to ma być? Czkawka? Zapychacz, żeby się zgadzała liczba sylab w wersie? Czytelnik przejeżdża po tym słowie jak po progu zwalniającym i budzi to chyba głównie frustrację.
A tymczasem to właśnie w tych dwóch słowach (bo w oryginale to są dwa słowa) jak w soczewce grawitacyjnej skoncentrowany jest cały ciężar tego wiersza. To tu kryje się drugie dno, to one stanowią obuch tego młota; bez nich wiersz jest, gładkim wprawdzie i miłym w dotyku, ale samym styliskiem.
Zrobię zoom. Najpierw na ostatnią zwrotkę oryginału:
—Even losing you (the joking voice, a gesture
I love) I shan’t have lied. It’s evident
the art of losing’s not too hard to master
though it may look like (Write it!) like disaster.
Teraz na ostatnią linijkę:
though it may look like (Write it!) like disaster.
I wreszcie na te dwa słowa:
…(Write it!)…
Rysuję sobie w głowie taką sytuację. Podmiotka liryczna (intuicyjnie wyobrażam ją sobie jako kobietę, ale płeć jest drugorzędna) jest świeżo po rozstaniu, albo może jej najbliższa osoba zginęła w wypadku. Tak czy inaczej – było i nie ma. Żałoba, żałoba dojmująca i na każdym roku przypominająca o istnieniu dziury w kształcie tej bliskiej osoby. Trudniej się wtedy oddycha, świat traci kolory, dźwięki i inne bodźce z zewnątrz odbiera się przytłumione, jak przez szybę, czynności codzienne wykonuje się na autopilocie, o ile się nie jest zajętym płaczem, w którymś momencie wypłakuje się wszystkie łzy, a potem płacze się dalej, na sucho.
Dość tego, mówi w którymś momencie peelka. Spróbujmy wiersza autoterapeutycznego. Spróbujmy sobie poradzić z tymi wszystkimi dojmującymi emocjami na logikę, matematycznie. Weźmy kartkę i długopis, sformułujmy twierdzenie, a potem przeprowadźmy jego formalny dowód. „Sztukę utraty nie jest trudno opanować”, brzmi sensownie, jak coś, czego się można złapać. Ale jak to uzasadnić? Cóż, przyjrzyjmy się najpierw małym przypadkom…
I tak to idzie, od małych przypadków przez coraz to większe. Zauważmy, jak wygląda hierarchia wielkości w kolejnych etapach tego argumentu: szansa < miejsca < domy < miasta < rzeki < kontynent < ty. Nie jest łatwo wdrapywać się po tej drabinie, ale pióro wytrwale kreśli na papierze jego kolejne elementy. Czwarta zwrotka, piąta, wreszcie szósta.
Idzie, jakoś idzie, myśli peelka; może to mi wreszcie pomoże przejść do następnej fazy żałoby? Dowód jest już w zasadzie zakończony, „nie ma w nim kłamstwa”, wystarczy zamknąć go formalną klamrą: sakramentalnym „co było do okazania” czy też, skoro to vilanella, przywołaniem jeszcze raz słowa, które już kilka razy padło i wiadomo, jakie ono będzie. Ostatnia linijka, peelko. Dasz radę. „Choć może się to wydać jak…”
Dłoń odmawia posłuszeństwa. Pióro spada na podłogę z głuchym stukiem. Szloch. „Aha, czyli jeszcze nie”, przebiega peelce przez głowę sarkastyczna myśl, kiedy świat po raz kolejny rozpada się na kawałki.
Implozja. Ciemność. Pustka.
I w którymś momencie te dwa słowa. Kto je wypowiada? Może Bóg, może ta niezachwiana, rdzenna część umysłu, którą nawet taka katastrofa nie jest w stanie wstrząsnąć. A może na jedno wychodzi.
(Write it!)
Napisz to!
I peelka pisze. Mija nieokreślony czas, świat się materializuje z powrotem i w tej już nowej rzeczywistości, już nowym piórem można wreszcie to napisać: „…jak katastrofa”. Powtórzenie spójnika „like” jest znamienne: wygląda jak zająknięcie, ale te dwie jego kopie należą do dwóch różnych światów.
Tak sobie to wyobrażam. I uważam, że tak właśnie – „napisz to!” – absolutnie bezwzględnie powinien brzmieć ten fragment tłumaczenia. Koniecznie z czasownikiem w aspekcie dokonanym i koniecznie bez pominięcia zaimka „to”, być może istotniejszego niż jakikolwiek inny zaimek w znanych mi wierszach.
Tak też to przełożył Maciej Woźniak, którego tłumaczeniem „One Art” zakończę.
JEDYNA SZTUKA
Sztuka tracenia potrafi być prosta;
tak wiele rzeczy wyraźnie chce przepaść,
że kiedy znikną, to jest żadna rozpacz.
Trać co dzień, jakbyś uczył się rzemiosła:
zgub klucze, pozwól niech ci czas ucieka.
Sztuka tracenia potrafi być prosta.
Ćwicz tak, by suma straconego rosła:
pejzaży, imion i miejsc, w które jechać
nie zdążysz. Przecież to jest żadna rozpacz.
Zgubić zegarek, co po matce został,
sprzedać dom, skoro już nikt w nim nie czeka.
Sztuka tracenia potrafi być prosta.
Stracić dwa miasta, cóż to jest przy włościach
o wiele większych. Lecz stracona rzeka
albo kontynent to też żadna rozpacz.
Że cię nie stracę (choć twój głos i postać
tak bardzo kocham), też nie chcę przyrzekać.
Sztuka tracenia potrafi być prosta,
choć tak wygląda (no, napisz to!) rozpacz.