blog Daniela Janusa
Lelek jest nową sową
Marudzenie
Jeśli wszystko pójdzie dobrze i nic mi się nie omsknie, to 11 listopada tego roku mój streak w Duolingo osiągnie okrągłe 2048 dni.
Przez te ponad pięć i pół roku przerobiłem cały kurs języka ukraińskiego, większość kursu hiszpańskiego, kawałek irlandzkiego (we wszystkich tych przypadkach z językiem angielskim jako źródłowym), a także lwią część kursu szachowego. Z tego zdecydowanie najwięcej czasu (i XP-ków) zainwestowałem w hiszpański. Również ten kurs uważam za najporządniej zrobiony.
Duolingo hiszpańskie dużo mi dało. Startowałem od zera, jeśli nie liczyć tych kilku fraz, które wszyscy znamy z popkultury – i po jakimś roku codziennego karmienia zielonej sowy zorientowałem się z niejakim zdziwieniem, że jestem w stanie prowadzić w miarę swobodną konwersację ze sprzedawcą w sklepie z kawą w Corralejo. Nie tylko o tym, co chcę kupić, ale też na tematy ogólne. Jasne, że brakowało mi wielu słów i czasem potrzebowałem wysławiać się bardzo dookoła i machać rękami, ale umiałem się dogadać!
To była pandemiczna wiosna roku 2021. Pięć lat później nadal codziennie karmię sowę (no dobrze, wykorzystałem po drodze pewnie jakieś kilkadziesiąt streak freeze-ów), ale mam coraz silniejsze sfrustrowane poczucie, że robię to już raczej z rozpędu niż dla obiektywnych korzyści.
Ma to dwojakie przyczyny. Jedną jest samo to, jak działa Duolingo: kładzie ono duży nacisk na słownictwo, a gramatykę poznaje się niejako „przy okazji” i tylko w takim zakresie, jaki jest potrzebny do konstruowania poprawnych zdań w dotychczas poznane sposoby. Brzmi to sensownie – i jest całkiem sensowne na wczesnym etapie, ale czasem ma się wrażenie, że trzeba reguły gramatyczne odkrywać we własnym zakresie, jak wyjście z labiryntu, zamiast po prostu przeczytać sobie, jakie one są. Na przykład w żadnym momencie kurs nie wyjaśnia, że uczy latynoamerykańskiego wariantu języka, więc nigdzie nie pojawiają się zaimki vosotros/vosotras ani pasujące do nich formy odmiany czasowników. Albo że woda jest rodzaju żeńskiego, mimo że łączy się z przedimkiem el.
Przez jakiś czas przed każdą grupą lekcji pojawiały się kawałki gramatyki, podawane w przystępnej formie – i zniknęły. Tu dochodzimy do drugiego, wielkiego źródła problemów z Duolingo, któremu na imię gównowacenie.
Duolingo przypomina mi McDonald’s. Harry J. Soneborn, pierwszy prezes McDonald’s Corporation, powiedział kiedyś, że McDonald’s nie jest wcale firmą z branży restauracyjnej, tylko z branży nieruchomości: „sprzedajemy hamburgery tylko dlatego, że stanowią źródło przychodu, z którego nasi najemcy mogą płacić nam czynsze.”
Podobnie Duolingo: to nie jest aplikacja do nauki języków. Nie taki jest jej cel i sens istnienia. To jest aplikacja do pokazywania użytkownikom reklam, a jedyny powód, dla którego można się tam pouczyć hiszpańskiego czy włoskiego, jest taki, że zbudowano dookoła tego sprawnie działający system incentywizacji, który zmusza niepłacących użytkowników do oglądania reklam, jeśli chcą osiągnąć swój cel. Temu służą wszystkie zmiany na gorsze, na które psioczy każdy znany mi użytkownik sowy: likwidacja forum, reorganizacja materiału, usunięcie wskazówek gramatycznych, wprowadzenie systemu „energii” zamiast „serduszek”.
Jest więc jak zwykle w kapitalizmie – mamy do czynienia z rozbieżnością celów producenta i konsumenta. Ten drugi chce się nauczyć języka możliwie skutecznie, a przy tym tanio lub w ogóle najlepiej za darmo; ten pierwszy chce zarobić za wszelką cenę.
Kategorycznie nie zgadzam się ze wspieraniem takiego modelu biznesowego i między innymi dlatego nigdy nie wykupiłem w Duo płatnej subskrypcji (pewnie bym wykupił, gdyby poszli po prostu w udostępnianie partii kursów tylko płacącym użytkownikom). Zaciskam zęby, oglądam reklamy i coraz częściej zastanawiam się, po co mi to wszystko.
Zaczynam więc rozważać strategię wyjścia. Może 2048 dni to jest idealny streak, żeby zakończyć nim swoją przygodę z sową? Może czas zastanowić się nad dalszą strategią nauki języka, skuteczniejszą niż historyjki o tacie Juniora i jego przyjaciołach?
Odkrycia
Mówią ludzie, że po osiągnięciu jako takiej biegłości w rozumieniu dużo daje oglądanie znanych filmów czy seriali ze ścieżką audio i napisami w języku, którego się uczymy. Fajnie, tylko że nie jestem szczególnie filmowy. Od wielkiego dzwonu zdarza mi się wpaść na pomysł „a może coś obejrzymy?” Silniej i bardziej absorbująco działa na mnie słowo pisane niż obraz czy dźwięk. Jakoś tak jest skonstruowany mój umysł.
Wracam myślami do czasów licealnych, kiedy usiłowałem wydźwignąć swój angielski ponad poziom szkolno-poprawny. W którymś momencie zacząłem dużo czytać po angielsku ze słownikiem w ręku – najpierw specjalne adaptacje powieści z uproszczonym językiem, potem po prostu powieści, cokolwiek mi wpadło w ręce (pamiętam, że zachłystywałem się Sherlockiem Holmesem i „Wodnikowym Wzgórzem” w oryginale). W którymś momencie pojawił się Internet, a dalej to już samo poszło.
Doskonalenie języka przez czytanie książek w oryginale wymaga jednak pewnego progu wejścia i wydaje mi się, że jeszcze go nie osiągnąłem, choć jestem blisko. Przy odpowiednio dużym zasobie słownictwa można słownikiem posiłkować się stosunkowo rzadko, nawet jak się nie rozumie wszystkiego, domyślając się z kontekstu znaczenia nieznanych słów. Tymczasem z podstawowym, kilkutysięcznym słownictwem na poziomie mniej więcej B1 mogę czytać, powiedzmy, Pérez-Revertego – ale bardzo powoli i zaglądając do słownika nader często. Przypomina to brnięcie przez bagno, jest frustrujące i mało satysfakcjonujące.
Tymczasem zupełnie niedawno sięgnąłem na półkę po „Utwory wybrane” (Obras selectas) Federica Garcíi Lorki, przywiezione z małej księgarenki w Barcelonie. I wsiąknąłem po uszy w wiersze.
Wynotowanie nieznanych słów z kilkudziesięciolinijkowego wiersza, sprawdzenie ich w słownikach i narysowanie sobie w głowie obrazów, którymi mówi Lorca, mieści się w jednym wieczorze. I choć tempo brnięcia przez tekst nie jest większe niż przez powieści, przerobienie wiersza daje dużą satysfakcję i poczucie sukcesu. Poezja jest po prostu krótsza i bardziej skondensowana.
Lorca jako symbolista kreśli nader plastyczne obrazy, które nie zawsze są tym, czym się wydają. I jak Norwid – odpowiednie daje rzeczy słowo. Moja dusza językowego świra jest zachwycona! Kiedy na przykład w nokturnie „Przedmieście Kordoby” pada zdanie: La noche se derrumba (dosł. „Noc zawala się”), myślę sobie: czy to jest czasownik, którego w codziennej mowie można by użyć na określenie zapadającej nocy, czy też to jest niezwykłe, poetyckie? Albo dlaczego mamy w tym samym wierszu las gentes, nietypową formę mnogą od rzeczownika zbiorowego la gente (ludzie), normalnie używanego w liczbie pojedynczej? Albo (to już „Romanca o księżycowej pełni”) czy o każdym ptaku można po hiszpańsku powiedzieć, że śpiewa (canta), nawet kiedy ten śpiew nie jest szczególnie melodyczny i ma postać huczenia, skrzeczenia albo innych podobnych dźwięków?

Szukam odpowiedzi na takie pytania po redditach i innych forach, a także zadaję je ChatowiGPT dla treningu. (Jeśli chodzi o elemelki, jestem sceptykiem, ale akurat używanie ich do celów edukacyjnych – z głową i ze świadomością potencjału halucynacyjnego – uważam za uprawnione.) Czasem nie ma łatwej odpowiedzi i trafiam wtedy na trop fascynującej zagadki.
Na przykład ten śpiewający, a naprawdę hukająco-warczący ptak, o którym wspominałem, to w oryginale la zumaya. Co to jest „zumaya”? Nie ma na to jednoznacznej odpowiedzi i trafiłem na artykuł naukowy (Sibbald 1992) poświęcony w całości zagadnieniu, jakiego ptaka Lorca miał na myśli. Autorka zwraca uwagę, że hiszpańskie słownictwo ornitologiczne jest znacznie mniej precyzyjne, a słowo zumaya jest regionalizmem, który może oznaczać jedenaście różnych gatunków z sześciu różnych rodzin! Może to puchacz, puszczyk, syczek, lelek, a może ślepowron?
Po przeprowadzeniu porządnej analizy symboliki Lorki i egzegezy folklorystyczno-mitologicznej Sibbald konkluduje, że chodzi jednak o lelka kozodoja (Caprimulgus europaeus). W szczególności przywołuje argument o tym, że lelek był ptakiem utożsamianym z Lilith i to o nim wspomina Księga Izajasza 34:14, kiedy mówi o stworzeniach zamieszkujących ruiny spustoszonego Edomu. (Pytanie za sto punktów: czy to przypadek, że „lelek” po polsku brzmi prawie jak „Lilith” po hebrajsku?)
Zaciekawiony, obłożyłem się rozmaitymi tłumaczeniami Lorki na polski i sprawdzam, jak sobie z tym i innymi problemami radzą rozmaici tłumacze (spoiler: większość decyduje się na puszczyka). Ale ta analiza porównawcza przekładów i zestawianie ich z moim własnym rozumieniem oryginału daje niesamowite poczucie bliskiego, intymnego, głębokiego kontaktu ze słowami, z językiem.

Mam na razie za sobą trzy wiersze i coś czuję, że na tym się nie skończy. Pewnie nie ułatwi mi to konwersacji na tematy codzienne, ale co tam. Bunkrów nie ma, ale i tak jest zajebiście.
Odniesienia
Sibbald, K. M. (1992). ‘Cómo canta la zumaya’: An Ornithological Excursus on Lorca’s ‘Romance de la luna, luna.’ Bulletin of Hispanic Studies, 69(sup2), 267–274. https://doi.org/10.1080/0007490X.1992.12035764