kod • słowa • emocje

blog Daniela Janusa

Jak płacić za książki

10 października 2021

Fortuna imperatrix mundi

Nie nadaję się na imperatora wszechświata.

Czasem zastanawiam się, co bym zmienił, gdybym mógł dowolnie urządzić świat, i zawsze dochodzę do tego samego wniosku: nie wiem. Widzę mnóstwo problemów ze status quo, ale we wszystkich rozwiązaniach, które mi przychodzą do głowy, widzę następne problemy. I tak to się kręci.

Ale niektóre pomysły wydają mi się sensowne. Na przykład mam całkiem konkretną wizję tego, jak w moim idealnym świecie wygląda płacenie za książki i e-booki (które na potrzeby tej notki też będę uznawać za książki). Zanim jednak do niej przejdę, napiszę parę słów o tym, co mi się nie podoba w tej rzeczywistości, którą mamy.

Jak jest

Ustalmy na początku, że potrzeba wynagradzania i incentywizacji autorów książek (a także innych osób mających wpływ na ich powstawanie) jest oczywista.

Pomijając wszystkie niedostatki kapitalizmu, cierpimy jako społeczeństwo — tak sądzę — na pewien rodzaj dwójmyślenia.

Z jednej strony wielbimy (słusznie!) biblioteki jako świątynie kultury i wiedzy. Ich rola jako instytucji kulturo- i socjotwórczych jest nie do przecenienia. Z drugiej strony krzywimy się (też nie bez racji), kiedy ktoś nielegalnie ściąga e-booka z internetu: to złamanie umowy społecznej.

A tymczasem z punktu widzenia autora zysk z takiego czytelnika jest w obu przypadkach dokładnie taki sam: zero, nic, null, nada, żodyn w drugim przypadku zerowy, zaś w pierwszym — na ogół niższy, niż gdyby kupił on książkę w księgarni.

(W tym miejscu w oryginalnym poście był przykład z trzema książkami, tyleż obrazowy, co nieprawdziwy. Od kilku lat funkcjonuje w Polsce system wynagrodzeń dla autorów i wydawców książek, stanowiący realizację koncepcji Public Lending Right. Ponadto, jak zwraca uwagę Koziołek na Twitterze, biblioteki nie płacą za książki cen okładkowych, tylko wyższe, obejmujące biblioteczne opłaty licencyjne. To oczywiście osłabia wagę tej argumentacji, ale sami oceńcie, jak bardzo.)

Pamiętacie akcję „Strata Kazika”? Pokazuje ona dość dobitnie, że samo skopiowanie treści cyfrowej (czy to legalnie, czy nie) nie jest samo w sobie szczególnie doniosłym aktem. Pendrive wypełniony trzydziestoma tysiącami książek, zalegający na dnie szuflady, nie jest automatycznie wart kilkaset tysięcy złotych. Jeśli ktoś przeczyta cztery z tych książek, to tylko te cztery będą przedstawiać sobą jakąkolwiek wartość. Książka wnosi wartość w życie czytelnika nie wtedy, kiedy wchodzi w jego posiadanie, tylko w procesie czytania.

Wydaje mi się więc sensowne, żeby płatność za książkę — a mówiąc dokładnie: za jej treść — przypiąć do tego procesu.

Jak to widzę

Stąd poniższy pomysł. To jest luźny szkic, szczegóły w wielu miejscach są do dopracowania.

  1. W modelu dystrybucji książek papierowych nie zmienia się nic: książkę można kupić albo wypożyczyć z biblioteki.
  2. Wszystkie e-booki można ściągnąć z internetu legalnie, za darmo, w nieograniczonych ilościach.
  3. Kupując książkę w księgarni, płaci się za fizyczny przedmiot, nie za treść.
  4. Na końcu każdej książki i e-booka jest numer konta, na który można wpłacać pieniądze. Środki te następnie dzielone są między osoby, które przyczyniły się do powstania książki (autora, rzecz jasna, ale też osoby odpowiedzialne za redakcję, korektę, skład, ilustracje, okładkę i może promocję).
  5. Istnieje silne oczekiwanie społeczne, żeby płacić za każdą przeczytaną książkę, o ile czytelnika na to stać. Dotyczy to książek i e-booków pozyskanych w dowolny sposób. W szczególności to znaczy, że za książkę kupioną w księgarni płaci się de facto dwa razy — raz przy zakupie i drugi po przeczytaniu — oraz że za książki wypożyczone z biblioteki, pożyczone lub skopiowane od znajomych, przeczytane w czytelni i za e-booki również należy zapłacić.

Taki system działałby tym lepiej, im więcej osób faktycznie płaciłoby za książki po przeczytaniu, wspierając w ten sposób autorów i kulturę słowa. Ale wydaje mi się, że nie sposób wymusić go prawnie: nie będzie przecież Urząd Kontroli Czytelnictwa na wyrywki nachodzić ludzi w domach, żeby sprawdzić, czy właśnie coś czytają i czy aby na pewno zapłacili. To by wymagało zmiany ogólnej mentalności, wykształcenia w ludziach przeświadczenia, że wspieranie autorów jest taką samą moralną powinnością jak płacenie za bilet autobusowy. Stąd wytłuszczone hasło „oczekiwanie społeczne”.

Oczekiwanie silne, ale też miękkie: ważne jest, żeby zorganizować to w sposób niewykluczający. Swego czasu, szczenięciem będąc, spędzałem w bibliotekach czwartą część życia — i doskonale pamiętam towarzyszące tym wizytom wrażenie obcowania z nieprzebranym bogactwem, w którym można nurzać się i tarzać zupełnie za darmo. Nie chciałbym tamtemu sobie odbierać tej frajdy z uwagi na za niskie kieszonkowe. Ani też dostępu do książek ludziom, którzy żyją od pierwszego do pierwszego, a książki wypożyczane z bibliotek są jedną z nielicznych radości. Dlatego wyobrażam sobie hasło „płacisz, jeśli cię stać”. To czytelnik decydowałby o wysokości wsparcia — bazując na własnych możliwościach i na czerpanej z książki wartości.

A ile to by było w praktyce? Nie mam pojęcia. Pewnie typowo kilka-kilkanaście złotych. Tak wygląda rozbicie ceny typowej książki na składniki (źródło):

Co składa się na cenę książki

Wyobrażam sobie, że z takiej opłaty byłyby pokrywane wszystkie te koszty, które nie wiążą się z fizycznym wytworzeniem książki jako przedmiotu, czyli — wnioskując z powyższego wykresu — jakieś 30% aktualnej ceny typowej książki. Tak się akurat składa, że koszt krańcowy wytworzenia nowego egzemplarza książki nie zawiera akurat tych samych elementów, a koszt krańcowy e-booka jest przyzerowy — dlatego zgaduję, że cena książki w księgarni mogłaby być niższa mniej więcej o tyle samo; wyobrażam sobie też, że e-booki można by ściągać za darmo lub za groszową opłatą, z której utrzymywane byłyby serwisy zajmujące się dystrybucją.

Warto też zadać sobie dwa pytania: „ile złotych miesięcznie mogę przeznaczyć na wspieranie autorów?” i „ile książek czytam miesięcznie?”. Podzielmy jedno przez drugie — i już będziemy wiedzieć, jakie są nasze możliwości.

Jaskółki czynią wiosnę

Jest jeszcze jeden powód, dla którego podoba mi się ta wizja: to nie jest propozycja typu „wszystko albo nic”. Można — i warto, myślę — urzeczywistniać ją stopniowo, oddolnie. W istocie pozbierałem w niej pomysły, które tu i ówdzie funkcjonują już teraz.

Ten tekst dojrzewał we mnie od dawna, a główną pożywką dlań jest książka „Practical Typography” Matthew Buttericka. Autor wprost mówi, że ta książka nie jest za darmo:

Jedynym źródłem przychodu z tej książki są czytelnicy, tacy jak Ty. Jeśli nie zapłacisz, książka umrze.

I ludzie płacą. Nie są to powalające sumy, a odsetek płacących czytelników jest jeszcze mniej powalający (mentalność, mentalność!) — ale też autor sam przyznaje, że książka jest pewnego rodzaju eksperymentem wydawniczo-społecznym. Zwłaszcza że dostępna jest tylko przez przeglądarkę (nie ma wersji papierowej).

Niektórzy współcześni autorzy publikują swoje powieści na wolnych licencjach, tak że można je kopiować bez ograniczeń: Goodreads zna 42 powieści na licencjach Creative Commons. Wszystkie te książki są normalnie dostępne w sprzedaży w wersjach papierowych. Cory Doctorow, autor siedmiu z tych 42 książek, przyznaje, że otwartolicencyjność nie tylko nie zmniejszyła, ale wręcz zwiększyła przychód z wersji papierowych.

Przykład z mojej branży: pełen tekst książki Petera Seibela „Practical Common Lisp”, wydana przez Apress, jest dostępny najzupełniej legalnie na stronie WWW autora — i to też nie zniechęca ludzi do kupowania egzemplarzy papierowych.

Sformułowanie „oczekiwanie społeczne” (social expectation) zaczerpnąłem zaś od Marijna Haverbeke, który w ten sposób określa swój stosunek do przychodów z oprogramowania własnego autorstwa.

Płacenie za książkę po przeczytaniu jest rodzajem mikromecenatu — tworzy pewną więź między czytelnikiem a twórcami książki. Chcę tu więc wspomnieć o innych formułach, które — choć w inny sposób — też przyczyniają się do takich więzi. Chodzi mi o BookRage, serwis, w którym to my decydujemy, ile płacimy za książki i jaka część tej wpłaty jest przekazywana autorowi; a także o serwisy typu Patronite, gdzie możemy ważnych dla nas twórców wspierać cyklicznymi wpłatami.

Bądź zmianą, którą chcesz widzieć w świecie

Tako rzecze Mahatma Gandhi, a ja nie chcę być gołosłowny.

Przyznaję się otwarcie: nie zapłaciłem do tej pory za przywoływaną już książkę Buttericka. Raczej ją przejrzałem niż przeczytałem od deski do deski, ale gdyby nie jej eksperymentalność, pewnie nie zapamiętałbym jej jakoś szczególnie. Niemniej…

Butterick zauważa, że płacimy za książki jeszcze w trzeci, być może najważniejszy sposób: własnym czasem. Cennym, nieodnawialnym zasobem. Tak to ujmuje:

Każda dobra książka kosztuje za mało; żadna zła nie jest za tania.

To zdanie, to zdanie! Tym zdaniem, Panie Matthew, zaciągnąłem u Pana lata temu dług; i wraz z publikacją tego artykułu niniejszym ten dług spłacam. Jest to też dowód tego, że czasem decyzja o wsparciu dojrzewa w czytelniku długo.

Potwierdzenie wpłaty 39 USD

Z mojej korespondencji z Bjørnem Larssenem (zaprawdę powiadam Wam, czytajcie „Storytellers”, to dobre jest; mam nadzieję, że Bjørn nie pogniewa się za upublicznienie tego wyimka):

Ja:

Wrzucam Ci trzy kawy na kofi i to nie dlatego, że chcę drugą książkę, jak już będzie (chociaż oczywiście chcę!), ale dlatego, że marzy mi się świat, w którym jak kogoś stać, to wspiera twórców, których czyta/słucha/ogląda/etc i ceni. W moim idealnym świecie jest oczekiwanie społeczne, żeby to robić niezależnie od tego, czy książkę się kupiło, wypożyczyło z biblio czy spiraciło, a link do ko-fi jest na ostatniej stronie "Storytellers". :)

Bjørn:

Niemrawo zbieram się do dodania tip jar na bjornlarssen.com, czyli oddzielnego ko-fi tylko dla czytelników, którzy chcą mnie zachęcić i wesprzeć, albo takich, którzy książkę spiracili, a teraz im głupio. Właśnie dowiodłeś mi, że to nie jest głupi pomysł i może jednak trzeba to po prostu zrobić.

A Wy? Kupujcie książki autorów, których lubicie. Wspierajcie na Patronite i podobnych serwisach. Piszcie do nich (choćby po to, żeby podziękować) i namawiajcie na udostępnianie numerów kont. Albo zaproście ich na kawę, jeśli możecie.