<?xml version="1.0" encoding="UTF-8"?>
<feed xmlns="http://www.w3.org/2005/Atom">
  <id>tag:plblog.danieljanus.pl,2019:category:migawki</id>
  <title>Daniel Janus – migawki</title>
  <link href="http://plblog.danieljanus.pl/category/migawki/"/>
  <updated>2012-12-04T00:00:00Z</updated>
  <author>
    <name>Daniel Janus</name>
    <uri>http://danieljanus.pl</uri>
    <email>dj@danieljanus.pl</email>
  </author>
  <entry>
    <id>tag:plblog.danieljanus.pl,2012-12-04:post:moja-ulica-murem-podzielona</id>
    <title>Moja ulica murem podzielona</title>
    <link href="http://plblog.danieljanus.pl/moja-ulica-murem-podzielona/"/>
    <updated>2012-12-04T00:00:00Z</updated>
    <content type="html">&lt;div&gt;&lt;p&gt;Autobus zjeżdżający z gór wysadza nas na przystanku u bramy starego miasta. Dokładniej w południowo-zachodniej części, konstatujemy spojrzawszy na mapę. Określenie "brama" w tym miejscu jest przenośne: funkcję bramy pełni rondo wyłożone pół asfaltem, pół brukiem; mur, który kiedyś otaczał miasto, jest teraz rozkopanym rowem, z którego zaczynają wyrastać fundamenty nie wiadomo czego.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Według mapy, hostel mieści się na starówce, we wschodniej części, tuż przy granicy. To jakieś półtora kilometra stąd. Wciąż nie wiemy, czy mają wolne miejsca (taki urok trampowego wyjazdu: nigdy nie wiesz, gdzie będziesz spać jutro) – iść tam od razu czy najpierw zadzwonić? Nie jest daleko, ciepły wieczór zachęca do spaceru. Zabieramy plecaki i ruszamy.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Miasto tętni życiem, jest gwarno, ludzie siedzą w knajpach albo niespiesznie przechadzają się od jednej do drugiej. Po kilku minutach docieramy do ulicy wyglądającej jak główny deptak. Na środku placu, między konarami drzewa rozsiadł się kot, drzemiąc i niewiele sobie robiąc z rzeczywistości. Dwa inne krążą między turystami w nadziei na darmowe żarcie. Jeszcze jeden rzut oka na mapę.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;-- &lt;em&gt;You need help?&lt;/em&gt; – z zamyślenia wyrywa mnie jakiś głos.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;-- &lt;em&gt;No, thanks, I'm fine.&lt;/em&gt; – odpowiadam, odsuwając się na wszelki wypadek. Ludzie tu bardzo chcą być pomocni, co czasem bywa irytujące: wystarczy przez chwilę wyglądać na zagubionego.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Powinniśmy pójść na północ, wzdłuż tego deptaku, a potem po jakichś dwustu metrach skręcić w prawo i iść cały czas prosto. Ulica, skręcając łukiem o dziewięćdziesiąt stopni z powrotem na północ, wyprowadzi nas w końcu na przecznicę, przy której jest hostel, a stamtąd już tylko dwa kroki. Odrywamy wzrok i obiektyw aparatu od śpiącego kota i ruszamy dalej, zgodnie z planem schodząc z deptaku za McDonaldem.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;I wchodzimy w portal prowadzący do innego świata.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Pierwsze, co rzuca się w oczy, to znacznie mniej przechodniów; ale to jasne – przy tej ulicy prawie nie ma kawiarń, więc wszyscy siedzą przy deptaku, gdzie koncentruje się nocne życie. Przecinamy małe rondo na przełaj. Dalsza część ulicy nie jest oświetlona, tylko gdzieniegdzie w oknach palą się światła. Uliczka jest wąska, na szerokość jednego samochodu, z wąziutkim kawałkiem chodniczka z jednej strony: prawie trzeba się przytulać do budynków, gdy coś przejeżdża. Stare szyldy na pozamykanych zakładach wyglądają na nieodnawiane od lat. Uśmiechamy się na widok jednego z nich głoszącego NO BORDERS. Jakże adekwatne.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Dalej po prawej stronie ciągnie się mur pokryty graffiti, a po lewej nie ma już świateł w oknach. A jeszcze chwilę potem nie ma już nawet okien. To znaczy są, ale zabite deskami albo z powybijanymi szybami, za którymi piętrzą się sterty gruzu i drewnianych płyt. Noc jest bezchmurna, księżyc w pełni plus łuna znad żywej części miasta sprawia, że wszystko wyraźnie widać.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Wchodzimy w zakręt; więc już niedaleko. Mijane przecznice z jednej strony są ślepe, zakończone zasiekami z wielkich metalowych beczek, darni i drutu kolczastego. Granica. Tędy tylko koty przemykają się niezauważenie między przerwami w barykadzie.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Wychodząc na przecznicę hostelową mijamy ostatni fragment zasieków, obok którego, na ogrodzonym drucianą siatką posterunku na przestrzeni nie większej niż dwa na dwa metry, stoi żołnierz z karabinem. ONZ-owski? To nie może być łatwe, tak stać godzinami, bezczynnie. Zastanawiamy się, jak często zdarza się, że im odbija i zaczynają strzelać do przechodniów.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;I absurdalna wydaje się myśl, że wciąż jesteśmy w mieście, które jest stolicą państwa członkowskiego UE. Ale to prawda. Jest tylko jedno takie miasto.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Λευκωσία.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Lefkoşa.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Nikozja, ostatnia podzielona stolica świata.&lt;/p&gt;&lt;hr&gt;
&lt;p&gt;Drewniane drzwi są zamknięte na klucz, ale w oknie świeci się światło. Zaglądam: duże, nieumeblowane pomieszczenie to zapewne to, co strona internetowa szumnie nazywa salą konferencyjną. Ktoś się tam snuje i gotuje herbatę. Po chwili drzwi otwierają się.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;-- &lt;em&gt;Hello, would you have two beds available for tonight?&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;-- &lt;em&gt;No, no place.&lt;/em&gt; – Młody człowiek słabo mówi po angielsku.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;-- &lt;em&gt;Not even a free scrap of floor? We have sleeping bags.&lt;/em&gt; -- upewniam się.&lt;/p&gt;&lt;p&gt;-- &lt;em&gt;Sorry, no.&lt;/em&gt;&lt;/p&gt;&lt;p&gt;Trudno. Wracamy niedaleko punktu startowego, gdzie w hotelu Delphi znajdujemy pokój dwa razy droższy, ale za to na najwyższym piętrze i z niezłym widokiem na stare miasto z tarasu. Na horyzoncie za gruzami powiewają flagi Turcji i TRNC, Cypru Północnego.&lt;/p&gt;&lt;/div&gt;</content>
  </entry>
</feed>
